wtorek, 11 grudnia 2012

'Nie naśladuj James'a Bond'a.

   Debilna melodyjka (której szczerze miałam serdecznie dosyć), oznajmująca, że pora już wstać obudziła mnie wcześnie rano w pokoju hotelowym. Podniosłam się do pozycji siedzącej z myślą, że było mi naprawdę niewygodnie. "Nic dziwnego" pomyślałam, gdy zobaczyłam, że spałam na podłodze. Najwyraźniej w nocy musiałam spaść. Dopiero teraz zauważyłam, jak jest urządzony ten pokój, dzięki promykom słońca, które wpadały przez okno. Jedno okno w całym pomieszczeniu.
   Drewniane drzwi, pomalowane na biało farbą, która i tak już odpadała. Na wprost drzwi było również białe okno, które samo zdołało oświetlić te nędzne cztery ściany, pomalowane na beżowo.. a raczej już szaro. Pod oknem stała drewniana, brązowa komoda z trzema szufladami, a po jej prawej stronie odpadający kontakt. Po lewej stronie komody leżał granatowy, dmuchany materac, na którym spałam, a na nim koc i moja latarka. Podłoga była pokryta brązowymi panelami. Po lewej stronie drzwi stała moja rozpięta torba. 
   W powietrzu unosił się zapach.. jakby zgniłych szczurów. Czując to, jak najszybciej rzuciłam się po latarkę, wrzuciłam ją do torby, którą niedbale zapięłam i czym prędzej wybiegłam z pokoju, po drodze wyjmując klucze z kieszeni. 
   Korytarz był naprawdę ładny. Na podłodze czysty dywan, a ściany brązowe, pomalowane w najróżniejsze wzory. Nie czując już smrodu, odetchnęłam z ulgą i wolnym krokiem ruszyłam w stronę recepcji. Hol również był urządzony ładnie, schludnie i skromnie. Tak jak korytarz miał wzory na ścianach i dywan na podłodze.
   Oddałam klucz i położyłam na blacie należną sumę. Kobieta na widok pieniędzy szeroko się uśmiechnęła.. do kasy, nie do mnie. "Boże, jakie to babsko łapczywe.." przeszło mi przez myśl i skrzywiłam się. Szybkim krokiem odwróciłam się i podeszłam do dużych, szklanych drzwi, przez które wyszłam na świeże powietrze. 
   Rozejrzałam się na wszystkie strony i z ulgą odetchnęłam, widząc sklep po drugiej stronie ulicy. Uśmiechnęłam się sama do siebie i pewnym krokiem przeszłam przez asfalt. Z torby wyjęłam mój czarny portfel, który dostałam kiedyś od brata i weszłam do środka. Lekko się skrzywiłam na widok jedzenia i zamknęłam szybko oczy. Tak dawno nie jadłam. Odzwyczaiłam się od tego i za przeproszeniem rzygam na widok żywności. Ono mnie odpycha. 
   Otworzyłam na chwilę oczy i po prawej stronie zauważyłam półki z napojami. Znów zamknęłam oczy i podeszłam tam. Idąc poczułam, że wchodzę w coś miękkiego, a potem, że dotykam czegoś twardego. Nie miałam siły otwierać oczu i zacisnęłam je jeszcze mocniej. Zorientowałam się, że upadłam, a za chwilę poczułam silny ucisk na przedramieniu i wołanie męskiego głosu. Odzyskując siłę powoli otworzyłam oczy. Przede mną kucał chłopak, wyglądający na jakieś dziewiętnaście lat. Miał bardzo krótko obcięte włosy i był dość... masywny. Na sobie miał bordową koszulę w kratkę, zapiętą na ostatni guzik i luźne, czarne spodnie, opuszczone w kroku. Na jego twarzy dostrzegłam niepokój, strach, zdenerwowanie i .. ból? Przecież to ja upadłam. Ewentualnie mogło go boleć to, że przez niego może mi się coś stać, ale to była moja wina. To ja jak idiotka szłam z zamkniętymi oczami. 
   Niewiele myśląc podniosłam się, lecz od razu zakręciło mi się w głowie. Upadłabym, waląc się ponownie w łeb, ale wielkoduszny chłopak złapał mnie. Byłam mu po części wdzięczna, ale to nie zmieniało faktu, że nadal go nie znałam, nie wiedziałam kim jest i nie mogłam mu zaufać. 
-W porządku? - zapytał, gdy już ustałam na nogach, oczywiście z jego pomocą. Miał dziwny wyraz twarzy, gdy pomagał mi się podnieść, trzymając mnie w pasie i za przedramię. 
-Nie. - odparłam szczerze, czując, że jest mi strasznie słabo. Jego wyraz twarzy diametralnie się zmienił. Od razu napadł go strach.
-Jak mogę Ci pomóc? - spytał z nadzieją w głosie. Jak już wspominałam - nie znałam go i nie mogłam mu zaufać. Nie chciałam od niego pomocy.
-Nie możesz. - odpowiedziałam szybko i wzięłam torbę z podłogi, po czym chwiejnym krokiem podeszłam do półki z napojami. Biorąc do ręki dwie butelki wody niegazowanej poczułam dotyk na ramieniu. Wywróciłam oczami ze zdenerwowania i odwróciłam się do chłopaka.
-Ale muszę Ci pomóc. I przede wszystkim przepraszam za ten wypadek. - powiedział, patrząc mi prosto w oczy. Miałam pewność, że mówi szczerze i jest mu żal. 
-Ja też przepraszam. - powiedziałam cicho i odwróciłam wzrok w stronę kasy. - a teraz wybacz, ale muszę iść. - dodałam pośpiesznie i ruszyłam, by zapłacić.
-Zaczekaj! - krzyknął i za chwilę już stał przede mną. - Wiem, że to nie moja sprawa, ale.. - zawahał się chwilę, zastanawiając się, czy wypada mu to powiedzieć. - zauważyłem, że jesteś strasznie chuda... - wyrzucił z siebie i spojrzał na mnie niepewnie. Lekko się wkurzyłam, ale postanowiłam zachować spokój. Byłam strasznie agresywna i nerwowa.. psychikę miałam zrytą, więc w tamtym momencie byłam z siebie dumna. 
-Masz rację... - powiedziałam, a on wypuścił powietrze, które nieświadom wstrzymywał. - to nie twoja sprawa. - rzuciłam i wyminęłam go. Słyszałam jego "ugh" i kroki. Znów stanął przede mną. - Boże, to jakaś chora gra w kotka i myszkę?! - wybuchłam. - Przestań za mną chodzić!
-Przepraszam. - odparł cicho i spuścił głowę. Zrobiło mi się go szkoda.. nie wiedziałam, że jest taki wrażliwy.
-Nie, to ja przepraszam. - powiedziałam, a on uniósł na mnie wzrok z nadzieją, ale jednak nutką niepewności. - Nie powinnam się tak unosić. - patrzyliśmy tak na siebie, nie za bardzo wiedząc co powiedzieć.
-A więc... - zaczął, a ja przypomniałam sobie dlaczego tak się uniosłam. Potrząsnęłam głową i uśmiechnęłam się do niego.
-Nie martw się. Nie mam anoreksji. - zażartowałam, lecz on chyba nie zdał sobie z tego sprawy i nadal patrzył na mnie z powagą. Patrzył i patrzył i nic nie mówił. Zaczynałam się bać.
-Chodź gdzieś ze mną. - powiedział nagle. - Może spacer? - tym wyprowadził mnie z równowagi.
-Co ty mi tu pieprzysz?! Jaki spacer, człowieku?! Ja nawet twojego imienia nie znam, a ty mi tu spacer proponujesz?! - wydarłam się i odsunęłam od niego, patrząc niedowierzająco. - Niby czemu mam Ci zaufać? Skąd mam pewność, że po drodze nie zgwałcisz mnie w jakiś krzakach, co?! - nie traciłam agresywności. On nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji. Zaśmiał się tylko.
-Spokojnie. - zaczął, a ja jeszcze bardziej straciłam spokojność.
-Jak ja mam być spokojna?! - krzyknęłam. Znów się zaśmiał. "Co za tupet." pomyślałam.
-Jestem Payne. Liam Payne. - powiedział z powagą. Uspokoiłam się nieco i nawet zdołałam się uśmiechnąć. 
-Nie naśladuj James'a Bond'a. - powiedziałam z powagą i grobową miną, a on również uśmiechnął się rozbawiony.
-Dobrze. - odpowiedział, nadal mając uśmiech na ustach. - A ty jesteś... ?
-Victoria. - odpowiedziałam i podałam mu rękę, już nadzwyczaj uspokojona.
-To co? Spacer?


--------------------------------------------



Zobaczcie, jaka jestem wielkoduszna xd
Dodaję rozdział, 
zamiast uczyć się na sprawdzian z muzyki 
i czytać lekturę na jutro xd

Jakoś tak wena mnie złapała i macie.; D

Życzcie mi powodzenia na jutro i w ogóle : P

Kocham Was ! ; **

niedziela, 25 listopada 2012

'Powiedz czym zawiniła, może tym, że kochała, może tym, że marzyła.

   Po tygodniu dobijania mojej mamy do drzwi dała mi spokój. Leżałam na łóżku i patrzyłam tępo w sufit. Bezsens. Po co żyć, gdy nie czuje się bólu ? Od kilku dni ból to nieodłączna emocja w moim życiu. Bez tego nie potrafię. Tak naprawdę nie mogę. Sięgnęłam ospale po metal, leżący na mojej półce. Okręciłam żyletkę pare razy w palcach, po czym przyłożyłam ją do skóry. Docisnęłam mocno i zrobiłam głębokie cięcie. Krew pociekła, a ja uśmiechnęłam się. Byłam szczęśliwa. Powtórzyłam czynność jeszcze kilka(naście) razy, a czerwona, gęsta ciecz ciekła po mojej ręce. Ja cierpiałam, ą inni byli szczęśliwy. Wtedy mogłam czuć się spełniona. Lecz gdy nie odczuwałam bólu, nie było powodu do radości. Sprawianie sobie cierpienia było czymś bardzo ważnym, a może nawet najważniejszym. W moim życiu liczyły się tylko dwie rzeczy: cierpienie i rap. Nic innego nie miało sensu. Nic. Nawet to podobno wspaniałe uczucie zakochania. Uczucie miłości, którego nigdy nie doznałam. Po części była to moja wina. To ja zawsze byłam tą samotną, zamkniętą w sobie i nie dopuszczającą do siebie innych.
   Sięgnęłam po kartkę i długopis, gdy krew już zaschła i mogłam cokolwiek wykonywać dłonią. Zaczęłam pisać. Musiałam coś zrobić. 
Piękny letni wieczór był, kiedy się poznali. 
Ona szła ze swoją matką, on pod blokiem szlugę palił. 
Chował się małolat, by go nikt nie wylukał.
Był skromnym chłopaczkiem, który wrażeń nie szuka.
Zamknięty w sobie, od rozwodu rodziców.
Choć był jeszcze młody, coś tam wiedział o życiu.
Widział to, czego nie powinno widzieć dziecko,
Kiedy ojciec matkę tłukł swoją ciężką ręką. 
Wtedy pod blokiem, spotkał się z nią wzrokiem.
Uśmiechnął się do niej, ona to odwzajemniła. 
Wydawała się miła, na pierwszy rzut oka.
Była za młoda, żeby mówić na nią foka.
Nie znali się, bo był nowym lokatorem. 
Powiedział "dobry wieczór", zaproponował pomoc
Wniesienia zakupów. 
Mama podziękowała, jednak ona
Z tej propozycji skorzystała.
Kiedy wchodzili na górę wolno,
On się przedstawił, ona też się przedstawiła,
Choć troszkę wstydliwa była.
Krótka chwila, on miał wrażenie tej wiecznej,
Kiedy mu podziękowała,
On z uśmiechem "mogę częściej".
Tak mijały miesiące od tego spotkania.
Żyli na stopie 'przyjaźń', on był sama, ona sama.
Bardzo chciał, nie miał odwagi,dlatego ukrywał,
Że po chwilach spędzonych z nią, w nocy źle sypiał.
Dla niego to nie była tylko koleżanka.
Dusił to w sobie, sam wiedział jak wygląda prawda. 
Za każdym razem, kiedy zbierał się w sobie
Szedł do niej i nie dawał rady powiedzieć.
Tak razem do kina,
Tak razem lekcje u niej,
Tak wspólne kolację,
Co jakiś czas spacer.
Jej przez myśl nie przeszło to nigdy nawet,
Że ona i on mogliby spróbować razem.
Rozmawiali o tym już na samym początku,
Co byłoby gdyby, ona pytała na niby.
Wtedy było za wcześnie, nie zdawał sobie sprawy,
Że ona będzie tą, o której śni i marzy.
Byli dla siebie jak siostra i brat,
W żartach mówili, że do nich należy świat.
Nikogo i niczego poza nią nie widział,
Chciałby móc zostać przy niej już do końca życia.
Ona nigdy nie słyszała krzyku jego serca,
A on z każdym spotkaniem coraz bardziej cierpiał.
Przyszedł dzień, kiedy ona była sam w domu.
Zaprosiła go do siebie, żeby w lekcjach jej pomógł.
Kiedy przyszedł rozbili się tak jak zawsze na dywanie,
Ona zrobiła herbatę, usiadła mu na kolanie.
On poczuł, że to ta chwila, że nie ma co dłużej zwlekać.
Zaczął od tematu, mówiąc, że na miłość nie ma lekarstw.
Powiedział wszystko co czuje, że on rady już nie daje.
Wyznał jej, że sie zakochał, nagle w oczach z łzami wstaje.
Ona nie dowierza w to, co mówi on.
On nie może uwierzyć w to, że to powiedział.
Obawiał się jej reakcji, ale ma to już za sobą.
Wybiegł tak szybko, jak przyszedł, 
Dorzucając słowo 'kocham cię i przepraszam'.
Ona zamiera w bezruchu, drzwi zamknęły się. 
On poszedł, ona płakała dość długo.
Minął dzień, minął drugi, później trzeci i czwarty,
Ona przez ten czas cały rozmyślała o tamtym.
Teraz tak samo, jak on - nie miała odwagi,
Stanąć naprzeciwko siebie, ciężko było im to strawić.
Sytuacja i słowa, których po części żałował.
Chciałby cofnąć czas lub wymazać to z jej pamięci.
Bo co zrobić, aby cały ten syf odkręcić ?
Nie miał pomysłu, nie miał już do tego głowy.
Siedział tak zadumany w oknie, myślami w chmurach.
Nagle 'puk puk', cichutko się zakradł pod judasz.
Spojrzał, dojrzał osobę. Tą osobą była ona.
Tylko zdążył drzwi otworzyć i miał ją już na ramionach.
Nie mówili nic, stali wtuleni w siebie.
On jej szepnął na ucho "jest mi bardzo źle bez Ciebie".
Ona odchyliła głowę i spojrzała w jego oczy.
Wyszeptała z pocałunkiem "teraz już zapomnij o tym".
To było jego marzenie, myślał, że nie od spełnienia,
Ale ona jest osobą, która to marzenie spełnia.
Jeśli to jest tylko sen, to ja nie chcę się obudzić.
Wtulił się w nią mocno tak i już więcej nic nie mówił.
Stali, oboje płakali, on wycierał jej łzy,
Obiecywali sobie "na zawsze tylko ja i ty".
Znali się nie od dziś, też już znacie ich historię,
Teraz tylko pozostała im po tym moc wspomnień. 
Teraz śmiali się z tego, wspominając rozmowę,
Kiedy powiedzieli sobie "żyjmy na braterskiej stopie".
Nie ma granic w przyjaźni między kobietą mężczyzną,
Zawsze z tej przyjaźni ktoś wychodzi z blizną.
To świadczy, to na skórze, o czym wie co to znaczy.
Kiedy buzują hormony sercu nie przetłumaczysz.
Teraz nie tak jak wcześniej - osobno on i ona,
Teraz to już są oni prawie jak mąż i żona.
Byli jeszcze za młodzi, żeby zamieszkali razem,
Ale on powiedział jej "to jest to, o czym marzę".
Czekali na pierwszy raz, to miał być ten wyjątkowy.
On jej nigdy nie namawiał, tylko czekał jednym słowem.
Układało wszystko się, było lepiej niż zawsze.
On dla niej, ona dla niego była lekarstwem.

W tym roku kończyli szkołę, tylko w innej klasie,
Mają wyjechać na studia i w końcu zamieszkać razem.
Rozglądał się za pracą, żeby zarobić w sezonie.
Chciałby kupić jej pierścionek i zaręczyć się na koniec roku.
Bieg sytuacji nabrał poważnych rozmiarów,
On w tym czasie siedział w szkole, wzięła się za mycie garów,
Nagle straciła przytomność. Dobrze, że była jej matka,
Wykręciła numer w telefon, pogotowie, gruba akcja.
Przyjechali chwile później, on już też dostał telefon.
Jedno, czego się dowiedział, to że jest naprawdę ciężko.
Nie wiedział, co się stało. Zdrowie jej dopisywało,

A tu nagle taki motyw. Nieprzytomna przez noc całą.
Był przy niej cały czas i nawet nie zmrużył oka.
Siedział, trzymał ją za rękę, płakał modlił się do Boga.
Planowali razem przyszłość, chcieli założyć rodzinę.
"Proszę Was, panie doktorze: ratujcie moją dziewczynę!"
Choć najgorsze miało nadejść, on już myślał o najgorszym,
Jeszcze wczoraj nie najgorzej, dzisiaj jej stan się pogorszył.
Nie poszedł do szkoły - proste, wypatrywał ruch powieki.
Obawiał się tego, że oczy zamknęła na wieki.
Ciężko było mu uwierzyć, choć nadzieja dalej była.
Prosił Boga "zrobię wszystko, tylko żeby ona żyła!"
Mieli być na zawsze razem, co by się nie działo.
Byli dla siebie stworzeni, on by życie oddał za nią.
Nie odchodził od niej w cale, trzymał jej dłoń, usnął tak.
Gdy obudził się nad ranem poznał prawdy gorzkiej smak.
Już odeszła stąd na zawsze, już wygasła nadzieja.
On stał nad nią i krzyczał "nie zostawiaj mnie teraz!".
Nie znasz dnia i godziny. Powiedz, czym zawiniła,
Może tym, że kochała, może tym, że marzyła.
Jeszcze w ten sam dzień, kiedy on się nie mógł pozbierać,
Dręczyły go wciąż myśli, co ma robić teraz.
Pętle zawinął na szyi, chciał być tam gdzie była ona.
Chwile później byli razem 

TAK BARDZO JĄ KOCHAŁ. 
Skończyłam nową piosenkę. Nowa, schowana na dno szuflady. Czemu o miłości ? Bo mi jej brakuje. Ale jej nie potrzebuję. Chcę tylko ból. Tylko jego pragnę.
   Nagle mnie olśniło. "Po co ja tu jeszcze jestem ?" Szybko wyjęłam torbę treningową mojego brata z szafy i pakowałam swoje rzeczy. Godzinę później w moim pokoju były tylko puste meble i pościelone łóżko. Zrobiłam to. Uciekłam. Założyłam torbę na ramię i otworzyłam okno. Spojrzałam w dół. Wysoko nie było. Oparłam się ręką o futrynę i skoczyłam. Jak najciszej wybiegłam z podwórka i biegłam przed siebie. Gdzie ? Gdzie uciekać ? Co robić ? Nie wiedziałam. Po kilku minutach zmęczyłam się, gdyż moja kondycja nie była za dobra, a można było powiedzieć, że w ogóle jej nie było. Obróciłam się i zauważyłam, że jestem już dość daleko od domu, więc postanowiłam już iść powoli. Wyjęłam kartkę z moją nową piosenką z kieszeni dresów i zaczęłam wymyślać rytm, melodię i takie tam. Z rapem nie było problemu... to każdemu by wyszło.. tak myślę. Szłam po ulicy, rapując i jednego mi brakowało. Bólu. Cierpienia. Zatrzymałam się i wyjęłam z torby malutkie pudełeczko na zapalniczki, żyletki i różne duperele. Sięgnęłam po metal i przyłożyłam go do skóry. Docisnęłam go mocno do nadgarstka i zrobiłam kilka cięć. O tak. Czułam się spełniona. To było coś czego potrzebowałam. Krew ciekła mi po ręce, a ja jak gdyby nigdy nic szłam i rapowałam. Już miałam piosenkę pod kontrolą.. tekst był opanowany. Schowałam kartkę do kieszeni luźnych spodni i rozglądnęłam się dokoła. Byłoby ciemno jak w dupie, gdyby nie latarnie. Ani śladu żywej duszy. Jeszcze raz wyciągnęłam żyletkę i zrobiłam kilka cięć. Za każdym razem to było wspaniałe. Na nadgarstku już nie widziałam mojej beżowej skóry.. była tylko czerwona krew. W związku ze straszliwym bólem, przy cięciu innej sznyty postanowiłam przenieść się na drugi nadgarstek. Następnym razem. Spojrzałam przed siebie i zobaczyłam hotel. No gdzieś się trzeba zatrzymać. Pewnym krokiem weszłam do oświetlonego pomieszczenia i spojrzałam na dłoń, po której nadal sączyła krew. Szybko się odwróciłam i wyszłam na zewnątrz. Miał nikt nie wiedzieć. Z bocznej kieszeni torby wyjęłam chusteczkę i wytarłam dłoń. Potem jeszcze pośliniłam papier i wytarłam już zaschniętą krew. Zużyty materiał wyrzuciłam do kosza, który był przed budynkiem i weszłam z powrotem. Podeszłam do recepcji i przywitała mnie kobieta przy kości, ze sztucznym uśmiechem przyklejonym do mordy. "Dzień dobry" powiedziała miło. Ja tylko odburknęłam i przeszłam do rzeczy. Poprosiłam o najtańszy pokój jaki może być, bo - mówmy szczerze - moich funduszy nie było za dużo. "Pokój 17" rzekła nadal sztucznie szczęśliwa i podała mi klucz, pytając jak będę płacić. "A ile będę musiała zapłacić za spędzoną to tylko jedną noc ?" zapytałam z nadzieją, że  wyjdzie to taniej. "Jeśli będzie pani używać jedynie łóżka.. nic więcej, to tyle" odparła pokazując cenę na swoim komputerze. "Tyle mam" pomyślałam. "A jeśli.." zaczęła, lecz przerwałam jej, mówiąc, że właśnie z tego skorzystam i dodając, że będę płacić gotówką. Kobieta podziękowała i wskazała ręką jeden z trzech korytarzy. Myśląc, że właśnie tam znajduje się pokój nr 17 ruszyłam w tamtą stronę. Rozglądałam się po drzwiach, aż doszłam do wskazanego pokoju. Otworzyłam drewniane drzwi kluczem i weszłam do środka. Powtórzyłam czynność po drugiej stronie i szukałam włącznika światła. Niestety nie znalazłam go. Potem przez myśl przeszły mi słowa tej baby, że mogę używać jedynie łóżka... tylko. Westchnęłam zrezygnowana i wygrzebałam z torby latarkę. Poświeciłam nią po pomieszczeniu, aż trafiłam na ... materac. Pieprzony, dmuchany materac ! Jak ja mam się na tym wyspać ? myślałam. Trudno. Jakoś się musi udać. Położyłam się na materacu i przykryłam kocem, który był na nim ułożony. Dobrze, że był gruby.. jeszcze mi zmarznięcia brakowało. Zamknęłam oczy i rapowałam w myślach. Po kilku chwilach, zmęczona dniem zasnęłam.



-------------



Witam .!

No i mamy rozdział drugi.
Mam nadzieję, że się spodoba ; D

Jeśli chodzi o tą piosenkę, 
to ona nie jest moja,
jakby coś xD
 Jest to piosenka
 Słucham jej cały dzień i to ona dała mi wenę,
także możecie jej dziękować.
Ogólnie jest to naprawdę wspaniała piosenka
o pięknej miłości.
Zachęcam do słuchania .!

Co do kolejnego rozdziału, 
to nie wiem kiedy się pojawi..
wybaczcie. 


Nareczka misiaczki .!
; **

piątek, 9 listopada 2012

'To tak jakby umrzeć

   Kolejny taki sam sms... kolejny raz bez odpowiedzi. Czego oni ode mnie chcą ? Tak.. kiedyś taka nie byłam.. ale teraz jestem. Tak trudno to zrozumieć ? Ja po prostu nie mam ochoty... na nic. Na to by żyć. Ale to, że nie wybrałam samobójstwa, nie znaczy, że wybrałam życie.... to znaczy, że ja najzwyczajniej w świecie nie potrafię się zabić ... po prostu nie potrafię. Dlaczego ? Nie wiem. To dla mnie zbyt trudne.. obmyślam różne plany na samobójstwo ... delikatne. Lecz nie umiem wymyślić nic. Nic przy czym bym nie cierpiała za bardzo. Ale da się cierpieć bardziej niż ja teraz ? Nie wiem. Na prawdę nie mam bladego pojęcia. Może ja się nad sobą tylko za bardzo użalam ? Może. A może nie. Nic już nie wiem. Nic już nie rozumiem. Chyba nic nie zrozumiem.
   Siedziałam na niewygodnym parapecie opierając czoło o szybę, po której delikatnie spływały krople deszczu. Tak delikatnie i tak po woli... po dojściu na sam dół zderzą się z parapetem.. to będzie ich koniec. Rozpłyną się. Ich sunięcie po oknie to jak umieranie.. delikatne.. nieodczuwalne.. rozpływają się i to koniec życia. Chciałabym. Tak jak one delikatnie umierać. Lecz powoli.. aby zapamiętać dokładnie ostatnie chwile swojego życia. A czy ja tak potrafię ? Nie. To odpowiedź na wszystkie pytanie, które mnie dręczą. Wszystko kończy się tak ... a nawet się nie zaczyna. "wyjść z pokoju ? nie." ; "zjeść coś ? nie." ; "zabić się ? nie.". Zaczynam myślami i na tym samy kończę. Żadnego kroku w przód. 
    Patrząc w ekran mojego telefonu, na którym widniał sms... od niego. Po co ? Po co pisał ? Po co dzwonił ? Na to pytanie była już inna odpowiedzieć.. lecz na każde pytanie zaczynające się od "po co.." była odpowiedź "nie wiem". Nagle w mojej ręce sprzęt poruszył się i po chwili pokój rozbrzmiał dźwięk melodyjki. Beznadziejnej melodyjki informującej o osobie, która próbuje się ze mną skontaktować. Daremnie. Nie odbierałam od kilku miesięcy i .. nie mam zamiaru tego zmieniać. Chcąc nie chcąc wytężyłam wzrok by ujrzeć kto chciał mnie usłyszeć przez telefon. Nie wiedząc czemu coś zasłoniło mi ekran. Nawet się nie zorientowałam. Łzy. Znów to samo - znów łzy. Z pośpiechem wytarłam kciukiem mokre policzki i oczy. Udało się. Miałam już dostęp do prawie normalnego widzenia. Wystarczyło by zobaczyć kto dzwoni. Tata. Tata ?! Byłam w szoku. Nie dzwonił do mnie od ... odkąd zamknęłam się w pokoju. Nigdy nawet nie słyszałam jego głosu przez szparę od drzwi. Już nie słyszałam jego kłótni z mamą. Już nie słyszałam nic, prócz mojego szlochu, gdy przyłapywałam się na płakaniu. Zazwyczaj płakałam zupełnie nieświadomie. Lecz bywało, że się na tym przyłapywałam. Wtedy płakałam jeszcze bardziej. Tak samo stało się teraz. Teraz, gdy znów zorientowałam się, że płaczę. Szlochałam coraz głośniej. Nie robiło mi to różnicy. Podczas mojego załamywania dźwięk telefonu ucichł. Nie na długo. Po kilku sekundach znów usłyszałam tę melodyjkę. Tę pieprzoną melodyjkę ! Zamachnęłam się i chciałam rzucić telefonem. Nie zrobiłam tego. Przemyślałam tę sprawę i zrezygnowałam, ponieważ mój telefon był już wystarczająco rozwalony. A gdybym nim rzuciła, to na pewno nie byłby już zdolny do niczego. Musiałabym wtedy wyjść z pokoju... a tego nie chcę najbardziej. Wystrzegam się tego jak ognia.
   Nie czuję już potrzeby jedzenia. Nie czuję głodu. Nie czuję potrzeby życia. Nie czuję szczęścia. Wszystko jest na przekór mnie. I kurde ja się pytam dlaczego ? Co ja takiego zrobiłam ? Zawsze starałam się być dla wszystkich dobra, miła, pomocna... byłam takim psychologiem. Prywatnym psychologiem dla każdego. A tym czasem w moim domu panował chaos. Nikt się nie dogadywał. Każdy był dla siebie obcy. 
   Mama próbowała ratować sytuację, lecz nerwy brały górę. Tata miał wszystko w dupie. Siostra cały czas pogarszała wszystko pyskowaniem, brat gdzieś się wyniósł gdy tylko skończył 18 lat. Ja miałam 14. Druga klasa gimnazjum. Coraz gorzej. Coraz bardziej pod górkę. Chciałam wszystko ratować.. jak mama. Lecz widząc podejście wszystkich dookoła straciłam wiarę na lepsze jutro.. straciłam nadzieję, że moje marzenia się spełnią.. straciłam tak jakby życie. W wieku moich niedoszłych  17 lat przeprowadziliśmy się. Do mniejszego domu, lecz swój pokój miałam. Prawda była taka, że nie mieliśmy pieniędzy. Rodzice pracowali za marne grosze. Wtedy postanowiłam zamknąć się,  czym w pewnym stopniu im pomogłam. Nie jadłam. Jedną osobę do wyżywienia mniej. W trójkę powinni sobie poradzić. Razem z moim zamknięciem prowadzącego do mniejszej opieki rodziców nad swoimi 'pociechami' postanowiłam już nie wychodzić. Na ten pomysł wpadłam następnego dnia rano. Obudziłam się bardzo wcześnie. Najzwyczajniej w świecie podeszłam do drzwi i przekręciłam klucz. Położyłam się z powrotem do łóżka i znów zasnęłam.
   Kolejne dni spędzałam na .. spaniu. Lubię spać. To tak jakby umrzeć. Lecz gdy budzimy się - zmartwychwstajemy. Wolałabym nie. Mogę to zmienić. Ale boję się. Nie boję się śmierci. Nie boję się mojego bólu. Boję się, że przeze mnie będą cierpieli inni ludzie. Tego również nie chcę. Nie mogę do tego dopuścić. Chcę umrzeć, gdy będę szczęśliwa. Nie wcześniej. Nie później. Właśnie wtedy.